SEN 

 Obudził mnie spokój.
Za oknem nie padał deszcz
 A w porannych wiadomościach
 Strażak uratował kotka.

Obudził mnie śmiech.
Wyszłam na taras bosa
Dzieci biegały w ogrodzie
A na horyzoncie jawiła się tęcza.

Obudziła mnie wiara.
Uklęknęłam by zmówić paciorek
A ptaki śpiewały głośniej gdy
Rozkruszałam serce z kamienia.

Zbudziło mnie marzenie.
Śniłam że można otworzyć oczy

nie myśląc.
 
                                               






***

Wymyka się nagle, niespodziewanie, wieczorem, prędzej czy później wraca
(och… za szybko!).
Patrzy na niewyspaną twarz, ogląda, dotyka bez pozwolenia, nachalnie skrada się do sypialni, oknem lub szparą pod drzwiami, bezszelestnie wmyka, kłuje boleśnie na wpół przymknięte oczy.
Nie ma litości, budzi, bezczelnie odchodzi gdy już przyzwyczai do obecności, nagle czmycha niepostrzeżenie, parzy jak rozgrzane żelazo.
Rozbiera, muska ciepłym oddechem, wygląda co raz śmielej gdy tylko przegoni atmosferę zimną, zmrożoną przez własne niebycie
(och… wreszcie!).
Odchodzi i wraca, razi, rozpala, rządzi godziną, panoszy się, bezwstydnie wywraca do góry nogami, noc w dzień zamienia

 (Ach… słońce!).


Zwierzenia

Stoję  naga.
Z fałdkami ciężkich myśli,
Skomplikowanych monologów,
Lęków ukrytych pod warstwami nieszczerych uśmiechów.
Z wyrytymi w skórze rozczarowaniami,
Z  których mógłbyś zadrwić,
Roześmiać się w głos.

Stoisz obok.
I nie wiem czy mi dobrze
Gdy co raz mniej mam siebie na wyłączność.
Gdy wsłuchujesz się we mnie
Uważniej niż w dźwięki ulubionej piosenki.
Gdy chcąc poznawać,
Zostawiasz niepewną.

Żal mi.
Gdy myślę, że nie odzyskam już ani strzępka,
Ani nawet nitki z ubrania,
  Które przed chwilą kryło
wszystkie  intymności,
Smutki i uśmiechy.
Jak maska.



  Chciałbym pisać poezję. 
 W jednym słowie zawrzeć wszystkie smutki i radości. Uchwycić ulotne myśli, przekazać to co niedopowiedziane, zapomniane. Przelać na papier słowa, ciążące jak plecak na drobnych ramionach dziecka. Na chwilę rozbudzić zmysły, oczyścić umysł i wreszcie zyskać upragnione katharsis. Pozbyć się narastającego uścisku w gardle, wewnętrznego drżenia i niepotrzebnego lęku. Pisać dla siebie. Pisać tak jak myślę, jak chcę, bez ściemy i naprawdę. 
 
 Czytać poezję i płakać. Śmiać się gdy to już za późno by rozpamiętywać. Wreszcie uwolnić się od ciążącego uczucia wiecznego niespełnienia. Nie pisanie poezji, gdy tego chcę, jest jak niedosyt, towarzyszący, gdy mam coś na końcu języka, jest jak upragniony krzyk w koszmarze, w którym odebrano mi mowę. Jak wymarzona zabawka z dzieciństwa. Ta, której nigdy nie posiadałam.

Dobrze, że jest Szymborska.







                                            Pragnę zmian.
 Nie, Proszę Państwa, wcale nie radykalnych. Nie, nie... Nie chcę przecież rzucać palenia, zmieniać przyjaciół, czy wyjeżdżać nagle, jak to teraz ludzie mają w zwyczaju. Nie, nie chcę wiele... Nie, nie...  Ja to bym chciała, Proszę Państwa, chwili odpoczynku…momentu zapomnienia…  
I odrobiny szaleństwa, krztyny niefrasobliwości… I jeszcze choć okruszynę namiętności,
i źdźbła pasji,
 i  może troszeczkę spontaniczności- ociupinkę, tak jak na lekarstwo,
i wystarczy. I wtedy będę szczęśliwa… 

No i czy to aż tak dużo, Proszę Państwa? Naprawdę? No tak tylko przez moment, przez ułamek sekundy, może więcej, plus minus dwie, choć odrobinę, troszeczkę pobyć nie-sobą;
  nie-pilną, nie-nudną, nie-brzydką, nie-pulchną, nie-głupią;
tak-lepszą.


        Kiedy się budzę wciąż jest ciemno. Mam dziwne przeczucie, że powinnam jeszcze spać. Spoglądam na zegarek. Wszystko się zgadza. A więc to już. Niedługo zmiana godziny, czy to w tę sobotę? Śpię dłużej czy krócej? Kiedy to ostatni raz widziałam się
z Aśka? Natłok nieuporządkowanych  myśli sprawia, że wszystko zajmuje zbyt dużo czasu. W pośpiechu kończę śniadanie, wychodzę punktualnie. Jak zwykle. Punktualnie. Przygotowana. Nauczona. Doskonale. Wiem jaka jest różnica między genem

 i genomem. Znam liczbę chromosomów w komórce organizmu eukariotycznego. Potrafię też wskazać odmiany alotropowe węgla i wyznaczyć dziedzinę równania. Wiedza usystematyzowana. Jakaś ściąga
w piórniku też się znajdzie. Tak na wszelki wypadek. Wszystko idealnie. Tylko kogoś mi brak. To chyba przyjaciele.  Już dawno ich nie ma.

      Wyłączam budzik. Zapalam światło. Mrużę oczy. Po chwili wszystko znów jest widoczne. Drobny pył pokrywający komodę, krzesło zbyt oddalone od biurka i nurtująca rysa na kamiennym parapecie. Otwieram okno. Sprawnym ruchem pozbywam się kurzu. Ścielę łóżko, przysuwam krzesło, gładzę dywan. Piżama jest już złożona w idealną kostkę. Strużki gorącej wody ściekają po ciele. Lustro zaparowało. Bez nerwów. Jest już wytarte. Wyrównuję krzesła
w jadalni, teraz składam koc, przesuwam wazon. Poprawiam kwiaty. Jeszcze tylko zapnę płaszcz i przeczeszę włosy. Wyjdę, zapominając o  śniadaniu. I o kimś. Chyba o sobie. To nic. Wszystko jest przecież na swoim miejscu.


     Wstaję o świcie. Zakładam dres. Chwytam butelkę wody. Biegnąc, nie myślę o wysiłku, przebytym dystansie. Mogę latać. Widzę swoje ciało: smukłe
i jędrne. Takie ma być. I będzie. Biorę szybki prysznic by zdążyć zjeść śniadanie
 o odpowiedniej porze. Wmasowuję w ciało balsam i staję przed lustrem. Naga. Niedoskonała. Nie wystarczająco kobieca, nie wystarczająco szczupła. Ze zbyt krzywym nosem, nieładnymi biodrami. Będzie lepiej. Już wkrótce. Ubieram się. Planuję jadłospis na cały dzień. Posiłek spożywam

w ciszy. Przed wyjściem robię zdjęcie. Jestem szczupła. Idealnie. Prawie. Wychodzę. Siłowniana torba ciąży mi na ramieniu. Ale przecież warto. Dla idealnej siebie. I tylko brak mi kogoś… idealnego bardziej.

Chory perfekcjonizm.

  



  Lubię jesień. Tę zimną, deszczową, mglistą jesień. Tę pełną emocji, sentymentów, depresji i żalów, mającą w sobie pierwiastek tajemniczości i nutę przesadzonego dramatyzmu. Lubię ten czas, kiedy to spacerując nagle uświadamiam sobie, że czegoś mi brak, że w życiu mogę utracić coś więcej niż długie, ciepłe dni. Że tym razem być może bezpowrotnie. 
 Gdy wracam do przytulnego domu i wypijam herbatę małymi łykami, powoli, tak by się nie poparzyć. I nagle, jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, ta herbata zaczyna przypominać mi moje życie. Pije ją, ale jakby  nie do końca, po łebkach,w obawie przed oparzeniem sączę powoli, by w końcu przyznać, że ani przez moment nie delektowałam się jej smakiem. Że nie czułam jak jej słodko-gorzki smak przyjemnie drażni kubki smakowe. Bo wolałam dmuchać na zimne zamiast zaryzykować i choć przez chwilę poczuć przyjemną falę ciepła, ogarniającą ciało. Mówią, że życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz co ci się trafi.* Dla mnie życie jest jak filiżanka herbaty: możesz ją wypić, delektując się jej smakiem i aromatem albo bez końca czekać aż wystygnie, nigdy 
w pełni nie poznając jej smaku.
   Lubię tę jesień, która napełnia mnie lękiem, ale nie pesymizmem. Tę, która kopie mnie w dupę i mówi „ogarnij się, żyjesz tylko raz”. 





* Słowa pochodzą z książki "Forrest Gump" Winstona Groom'a