Chciałbym pisać poezję.
W jednym słowie
zawrzeć wszystkie smutki i radości. Uchwycić ulotne myśli, przekazać to co niedopowiedziane, zapomniane. Przelać na
papier słowa, ciążące jak plecak na drobnych ramionach dziecka. Na chwilę rozbudzić zmysły, oczyścić umysł i
wreszcie zyskać upragnione katharsis. Pozbyć się narastającego uścisku w gardle,
wewnętrznego drżenia i niepotrzebnego lęku. Pisać dla siebie. Pisać tak jak myślę,
jak chcę, bez ściemy i naprawdę.
Czytać poezję i
płakać. Śmiać się gdy to już za późno by rozpamiętywać. Wreszcie uwolnić się od
ciążącego uczucia wiecznego niespełnienia. Nie pisanie poezji, gdy tego chcę,
jest jak niedosyt, towarzyszący, gdy mam coś na końcu języka, jest jak upragniony
krzyk w koszmarze, w którym odebrano mi mowę. Jak wymarzona zabawka z dzieciństwa.
Ta, której nigdy nie posiadałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz