Kiedy się budzę wciąż jest ciemno. Mam dziwne przeczucie, że powinnam jeszcze spać. Spoglądam na zegarek. Wszystko się zgadza. A więc to już. Niedługo zmiana godziny, czy to w tę sobotę? Śpię dłużej czy krócej? Kiedy to ostatni raz widziałam się
z Aśka? Natłok nieuporządkowanych  myśli sprawia, że wszystko zajmuje zbyt dużo czasu. W pośpiechu kończę śniadanie, wychodzę punktualnie. Jak zwykle. Punktualnie. Przygotowana. Nauczona. Doskonale. Wiem jaka jest różnica między genem

 i genomem. Znam liczbę chromosomów w komórce organizmu eukariotycznego. Potrafię też wskazać odmiany alotropowe węgla i wyznaczyć dziedzinę równania. Wiedza usystematyzowana. Jakaś ściąga
w piórniku też się znajdzie. Tak na wszelki wypadek. Wszystko idealnie. Tylko kogoś mi brak. To chyba przyjaciele.  Już dawno ich nie ma.

      Wyłączam budzik. Zapalam światło. Mrużę oczy. Po chwili wszystko znów jest widoczne. Drobny pył pokrywający komodę, krzesło zbyt oddalone od biurka i nurtująca rysa na kamiennym parapecie. Otwieram okno. Sprawnym ruchem pozbywam się kurzu. Ścielę łóżko, przysuwam krzesło, gładzę dywan. Piżama jest już złożona w idealną kostkę. Strużki gorącej wody ściekają po ciele. Lustro zaparowało. Bez nerwów. Jest już wytarte. Wyrównuję krzesła
w jadalni, teraz składam koc, przesuwam wazon. Poprawiam kwiaty. Jeszcze tylko zapnę płaszcz i przeczeszę włosy. Wyjdę, zapominając o  śniadaniu. I o kimś. Chyba o sobie. To nic. Wszystko jest przecież na swoim miejscu.


     Wstaję o świcie. Zakładam dres. Chwytam butelkę wody. Biegnąc, nie myślę o wysiłku, przebytym dystansie. Mogę latać. Widzę swoje ciało: smukłe
i jędrne. Takie ma być. I będzie. Biorę szybki prysznic by zdążyć zjeść śniadanie
 o odpowiedniej porze. Wmasowuję w ciało balsam i staję przed lustrem. Naga. Niedoskonała. Nie wystarczająco kobieca, nie wystarczająco szczupła. Ze zbyt krzywym nosem, nieładnymi biodrami. Będzie lepiej. Już wkrótce. Ubieram się. Planuję jadłospis na cały dzień. Posiłek spożywam

w ciszy. Przed wyjściem robię zdjęcie. Jestem szczupła. Idealnie. Prawie. Wychodzę. Siłowniana torba ciąży mi na ramieniu. Ale przecież warto. Dla idealnej siebie. I tylko brak mi kogoś… idealnego bardziej.

Chory perfekcjonizm.

1 komentarz: